Lions Club Gdynia

Jesteś tutaj: Home » Działalność Klubu » Życie klubowe » Działalność » życie klubowe » Żegnamy Jurka
W dniu 14.09.2017 r. na zaproszenie LC Gdynia na przedprapremierowy pokaz spektaklu „Wiedźmin” w Teatrze Muzycznym im. Danuty Baduszkowej w Gdyni... więcej
14/09/2017
Spotkanie z okazji przekazania władzy w Lions Club Gdynia odbyło się w Hotelu Nadmorskim w Gdyni w niedzielę 25.06.2017 r., w godzinach popołudniowych.... więcej
25/06/2017
                                         ... więcej
01/04/2017
W poniedziałkowe popołudnie 2 kwietnia 2012 r. II Wicegubernator Okręgu 121 Polska Paweł Cieśliński uczestniczył w spotkaniach trzech... więcej
02/04/2012

Żegnamy Jurka

                                             Jurku Kochany!
                    Nasz Prezydencie, Druhu Niezawodny, Przyjacielu!

Jesteśmy pogrążeni w smutku i żałobie, ale jednocześnie zbuntowani i niepogodzeni z okrutnymi wyrokami Opatrzności. Kiedy kilkanaście miesięcy temu zrazu poważna, a nawet potencjalnie śmiertelna choroba „wzięła Cię w ramiona” wierzyliśmy głęboko, że dasz radę, że ją pokonasz. Utwierdzałeś nas w tym przekonaniu, zresztą sam siebie również, imponując siłą, odwagą i determinacją.
A musiałeś przecież, jak każdy człowiek, a do tego lekarz z pełną świadomością choroby i jej groźnych skutków, przeżywać chwile lęku, niepewności, zwątpienia. Kiedy patrzyłeś na kruchość i słabość własnego ciała, kiedy dostrzegałeś nieubłagany postęp choroby, kiedy brakowało Ci po prostu siły by wykonać najprostszą fizyczną czynność. Ale przełamywałeś to i trwałeś. Podnosiłeś się jak żołnierz w boju (bo przecież nim jesteś) i ruszałeś do walki z chorobą „na śmierć i życie”. W tej walce zwróciłeś się ku sprawom i wyzwaniom naszego ruchu - lionizmu i to był Twój Jurku ze śmiercią pojedynek. Przegrany a jednocześnie zwycięski. Zwycięski, poprzez niezatarty przez czas ślad Twoich (a przez to i naszych) dobrych uczynków i przedsięwzięć klubowych, którymi namalowałeś swój pastelowo-jasny autoportret człowieka dobrego, szlachetnego i wrażliwego.
Śmierć - tajemnica nieodgadniona. Tabu. Nieuchronna i przerażająca, nadaje nam granice i kładzie kres ziemskiej fizyczności. Śmierć jest integralną częścią naszej egzystencji, to kres bytu biologicznego, niszczycielska siła wobec której człowiek pozostaje bezsilny i bezradny. To ostatni rozdział jakże złudnej, bo rzekomo nigdy niekończącej się opowieści zwanej życiem. Zazwyczaj jest poza zasięgiem naszych trosk, frasunków i myśli, zniewolonych realizacją wyzwań, planów, marzeń i zamiarów nieustannych. Śmierć przyjdzie kiedyś, może w przyszłości nieodgadnionej, a która nas dziś nie dotyczy, więc nie myślimy o niej i rzucamy się w wiry codzienności. Chociaż nasza niewiedza w tej kwestii wydaje się byś błogosławieństwem, bo dzięki temu żyjemy w pewnej iluzji, spychając zapowiedź śmierci do najdalszych zakątków naszej świadomości, to uwierzcie ONA ISTNIEJE!!! Istnieje i nieubłaganie przychodzi. Po każdego, od zawsze. I dlatego tak ważna w życiu każdego człowieka powinna być świadomość, że każda chwila jest darem, że trzeba żyć pełnią życia, tu i teraz, intensywnie, w harmonii z samym sobą i światem, zmieniać samych siebie i walczyć o siebie. Po to, aby kiedyś nie umierać w poczuciu braku sensu własnej egzystencji.

Ale Ty Drogi Jurku miałeś receptę na szczęśliwe życie. I realizowałeś ją konsekwentnie. W życiu osobistym i rodzinnym, w aktywności zawodowej, w działalności społecznej i w każdym innym miejscu, gdzie mogłeś ukazać swoje wielkie uzdolnienia i talenty, wrażliwość duszy i prawdziwe człowieczeństwo. Rodzina była Twoim światem, ale też stomatologia była nim również. A społecznikowska aktywność na różnych polach i od zawsze, to przecież też Twój świat równoległy. I bogactwo zainteresowań, muzykowanie, komponowanie, śpiewanie, ciekawość świata, egzotyczne podróże to kolejne i kolejne mikroświaty. Dodane do siebie tworzą Twój wielki, jakże bogaty, duchowy wszechświat.
Jeżeli duchowość człowieka zdefiniujemy jako pragnienie harmonii i ładu, poczucie wspólnoty z innymi, otwartość, spontaniczność i akceptację tego, co przynosi nam życie, rozwój i twórcze samodoskonalenie się, wolność wewnętrzną, sprzeciw wobec zła, niesprawiedliwości i przemocy, a także szacunek dla innych, wyrozumiałość, zrozumienie i tolerancję to Ty Jurku byłeś CZŁOWIEKIEM DUCHOWYM z nawiązką!!!
Byłeś też człowiekiem niezwykle delikatnym, wprost alergicznie czułym na nieszczęścia i chorobę innych. Przyczyniło się do tego doświadczenie niewyobrażalnej traumy cierpienia z przeszłości - śmiertelnej choroby twojego synka. Tragedia, jaka spotkała wówczas Ciebie ,Mariolę i całą Rodzinę szła za Wami przez całe lata jak cień złowrogi. Ale jednocześnie okrutny los wzbogacił Was w olbrzymie pokłady wrażliwości i ukształtował duchowość. Później Twoja własna choroba i własne cierpienie tylko to jeszcze wzmocniły. Nauczyły Cię również tej rzadkiej cnoty, jaką jest szczodrość i umiejętność dzielenia się z innymi .Można ją było spektakularnie zobaczyć w trakcie naszych klubowych licytacji na statutowe cele dobroczynne. Podbijałeś jako Prezydent cenę przedmiotów, które najpierw sam przynosiłeś lub organizowałeś, a potem” wygrywałeś” licytację. Ale dla Ciebie liczył się cel, ktoś czekał na wsparcie finansowe, którym można było wspomóc rehabilitację, drogą terapię, zabieg operacyjny, zakup psa opiekuńczego dla osoby niepełnosprawnej, hospicjum dziecięce czy czyjąś edukację. Robiłeś to w duchu lionizmu, ale z jakże większym żarem. I chciałeś nas tym entuzjazmem zarazić. Czasami patrząc na Ciebie myśleliśmy o własnej, ostrożnej dobroczynności, może zbyt okazjonalnej - Twoja była szczera, autentyczna i hojna.
Twoja kadencja Prezydencka zbiegła się z już trwającą chorobą, lecz podjąłeś się zadania i zadanie wykonałeś, zwyczajnie „dałeś radę”, tylko często jakże gigantycznym wysiłkiem przełamywania własnej fizycznej słabości. Ale jak już wspomniałem, to była Twoja prywatna wojna z chorobą, na śmierć i życie. Więc rzuciłeś się w wir działalności klubowej, stając się z miejsca „kołem zamachowym” wielu projektów inicjowanych przez Lions Club Gdynia. Twoja determinacja do zintegrowania wszystkich klubów trójmiejskich, a także spoza naszego regionu zaowocowała organizacją wielkiego koncertu charytatywnego w Teatrze Muzycznym, który zakończył się wielkim sukcesem w promowaniu na zewnątrz szlachetnych celów lionizmu. Reaktywowałeś wspaniały projekt finansowania przez nasz klub zakupu i szkolenia psów opiekuńczych dla osób niepełnosprawnych. Ożywiłeś życie klubowe imprezami integracyjnymi, których klimat wszyscy członkowie wspominają jako niezapomniany. I wciąż tryskałeś nowymi pomysłami, jakbyś gdzieś podświadomie wyczuwał zaciskającą się złowrogo pętlę przeznaczenia.
Pamiętam nasz ostatni bal charytatywny, który w konwencji weneckiej i z dbałością o każdy szczegół zorganizowałeś w Hotelu Haffner w Sopocie. Był dla Ciebie tak ważny, że przybyłeś na niego (o czym nikt z nas nie wiedział) prosto ze szpitala, przerywając chemioterapię. Kiedy rozpoczynając bal walcem wkroczyłeś ze swoją piękną żoną Mariolą na parkiet i zawirowałeś w tańcu, to przez chwilę ujrzałem Cię Jurku zdrowym, wypełnionym energią i gotowością do życia. Ostatni walc, Twój ostatni walc………...
Myślę ze smutkiem, jak dla Marioli, Córki…. i całej Rodziny musiał być trudny i ciężki ostatni etap Twojej choroby. Świadomość nieuchronności, narastająca słabość i pogłębiająca się niewydolność organizmu. Ale nie byłeś w obliczu śmierci samotny. Otaczała Cię miłość Najbliższych, ich czułość i opiekuńczość. Mariola ,Twoja opoka i azymut życiowy. Otaczałeś Ją zawsze silnym, opiekuńczym ramieniem i nie kryłeś swojej miłości, a ona ją odwzajemniała. A w tych najtrudniejszych chwilach była przy Tobie, czułeś jej delikatną, kojącą, bezpieczną fizyczną i duchową wszechobecność. I chociaż odchodziłeś zbyt wcześnie, grzebiąc tyle nadziei, niezrealizowanych marzeń i planów to zapewniam Cię, że wyznaczony boski plan ziemskich uczynków wypełniłeś do końca. Dzisiaj zostawiasz nas, zwłaszcza ukochaną Rodzinę, w rozdarciu i smutku, ale czas stopniowo złagodzi ból i zagnieździ w naszej pamięci na zawsze wizerunek szlachetnego, wielowymiarowego i dobrego Człowieka. Spotkaliśmy się Jurku z Tobą na naszej drodze życiowej, każdy w innym wyznaczonym przez przeznaczenie czasie i obdarzyli wzajemną przyjaźnią. Niech Opatrzności za to będą dzięki.
I na koniec mała dygresja. Kochałeś Jurku muzykę, grałeś na wielu instrumentach, komponowałeś, pisałeś piosenki, sam je wykonywałeś. Jest taki piękny utwór muzyczny o śmierci. Piosenka ”The Great Gig in the Sky” z legendarnej płyty zespołu Pink Floyd” Dark Side of the Moon” z 1973 r
„I nie boję się umrzeć. Kiedykolwiek to będzie. Nie przejmuję się. Dlaczego miałbym się bać umrzeć?! Nie ma żadnego powodu. Każdy kiedyś odejdzie”. Przejmujący lament wokalu Clare Torry coraz mocniej i głośniej zagłuszany jest przez dźwięk gitary Davida Gilmoura, aż wreszcie tylko ona rozpaczliwym łkaniem unosi się ku przestworzom. Kiedy dotrze do Ciebie, chwycisz gitarę i dołączysz. A chwilę potem z niebiańskich obłoków popłynie ku wszechświatom i dotrze do nas skomponowany przez Ciebie hymn naszego Klubu. Chociaż ból ściska nam gardła zaśpiewamy go razem Jurku, teraz właśnie, nad otwartą mogiłą, na pożegnanie. Dla Ciebie!!!
 
                                                Kiedy w Gdyni zaryczą lwy,
                                                Kiedy w Gdyni zaryczą lwy...

Michał Szpajer
członek LC Gdynia


Uroczystości pogrzebowe ś.p. Jurka Konopackiego rozpoczną się mszą św. w Kościele „Stella Maris” ul. Portowa w Gdyni w środę 5 kwietnia o godz. 12:00 Pogrzeb na cmentarzu Witomino w Gdyni od godz. 13:00.